Aktualności - Słowenia - "małe" europejskie wakacje

Słowenia - "małe" europejskie wakacje

15.09.2016
Relacje

To gdzie jedziemy na te wakacje? – znajome pytanie pojawiło się jak co roku w okolicach kwietnia, maja może. Nie byłam pewna gdzie chcę jechać, bo ze mną w tym względzie jest akurat tak jak z Piotrem Kraśko, czy innym Maxem Kolonko, gdzie mnie poślą tam pojadę. Nie wszędzie mi się podoba ale wszędzie jest ciekawie i w zasadzie nie ma miejsca na świecie, którego bym nie była ciekawa/ nie chciała zobaczyć. Wniosek z wcześniejszych rodzinnych wakacji zasadniczo miałam jeden – to nie może być duży kraj.

Mamy bowiem obydwoje z małżonkiem taką skłonność, że jak jedziemy gdzieś wspólnie to nas zwykle nieco ponosi i chcemy zobaczyć/zrobić więcej niż oferują możliwości dobowe. Zatem racjonalizując tę przypadłość oraz biorąc pod uwagę fakt, że miał to być wyjazd w towarzystwie naszego małego człowieka, najlepiej jeśli na 10-dniowe wakacje skoncentrujemy się na jakimś mniejszym kraju, żeby po powrocie wrócić z satysfakcjonującym nas poczuciem, że się kraj ten całkiem nieźle zobaczyło. Opcji było kilka, między innymi padały propozycje Czarnogóry i Gruzji (choć ten drugi to nie taki znów mały kraj:) – obiecuję sobie że kiedyś tam pojedziemy!!!) oraz właśnie Słowenii, na której finalnie stanęło. Podstawowy argument został spełniony – to niewielkie państwo bo o powierzchni zaledwie 20 273 km², czyli mniej więcej odpowiadające wielkością województwu podlaskiemu. Słoweńskiego wybrzeża liczy ledwie 46 km, więc gdyby nie skomplikowana nadmorska topografia, przy dobrych wiatrach byłabym w stanie ją przebiec w jeden dzień :) Przyznacie, że to nie wiele. Nie było w nas jednak stuprocentowej pewności, że to dobry wybór. Nie wiedzieć czemu utkwiło mi jakoś w głowie, że to taka biedniejsza wersja Włoch… Jakże miłe to było zaskoczenie, że się absolutnie w tych obawach pomyliłam. Ale po kolei.

Szmaragd w koronie Europy

Zieleń od pierwszego wejrzenia! czyli coś co absolutnie uwielbiam i co porwało mnie w słoweńskim krajobrazie już od pierwszych godzin naszej podróży. I to zieleń w różnych odcieniach i tonacjach – ciemna i mocna na alpejskich zboczach, soczysta i świeża w winnicach rosnących wokół malowniczych wiosek, zieleń gajów oliwkowych, głęboka butelkowa toń strzelistych cyprysów nad Adriatykiem oraz najpiękniejszy, absolutnie szmaragdowy ton alpejskich jezior i rzek: Soči, Idrijcy, jeziora Bohinj, Bled czy Jasnego. Klasyczny, pocztówkowy landszaft ze Słowenii to jezioro Bled z malowniczą wysepką Blejski Otok i kościołem ze strzelistą wieżą po środku wyspy. Dla tego widoku ciągną do Bledu turyści wszelkiej maści i wszelakiej proweniencji. Ale powiem szczerze, sam Bled mnie jednak specjalnie nie ujął. Widok na jezioro z obłędnie położonego na skale Bledzkiego zamku w istocie wyrywa z butów ale samo miasteczko w sezonie turystycznym jest jak dla mnie trochę nijakie i za bardzo zatłoczone. Pewnie miałabym inne odczucia gdybym przyjechała tam wiosną lub jesienią, gdy okoliczne buki płoną złoto-czerwonym kolorem… Tymczasem pod koniec sierpnia Anno Domini 2016 wszystkie achy i ochy poszły w kierunku jeziora Bohinj, które powaliło nas absolutnie. To jezioro polodowcowe, morenowe, położone jakieś 30 minut jazdy samochodem na zachód od Bledu. Idealne miejsce na całodzienną wycieczkę z okolic Bledu właśnie lub jako baza wypadowa do eksplorowania okolicy.
Wydłużony lancetowaty kształt jeziora i jego otoczenie przez strome, momentami skaliste zbocza górskie, sprawia, że chwilami ma się uczucie jakby się pływało w norweskim fjordzie. I w rzeczy samej fjordowa jest także temperatura jego wody. Bohinj zasilają alpejskie potoki niosące wartkie i chłodne wody, co oczywiście nie przeszkadzało nam w żaden sposób w kąpielach i plażowaniu (choć plaże są wąziutkie a dno jeziora żwirowe). Poza pływaniem Bohinj oferuje cała masę innych atrakcji – sporty wodne takie jak kajaki, SUP, trasy rowerowe, ścieżki biegowe i liczne szlaki piesze wybiegające z okolic jeziora w kierunku północnej i południowej części Triglavskiego Parku Narodowego. Z tafli jeziora odsłania się widok na masyw Vogel (1922 m n.p.m.), z kursującą nań gondolą, która w zimie wozi narciarzy do popularnej w regionie stacji narciarskiej o tej samej nazwie.

Szmaragdowe bystrza rzeki Soči to z kolei raj dla miłośników canyoningu i raftingu. Rzeka ta ma odcinki o różnym stopniu trudności, niektóre nie nadają się dla małoletnich dzieci (dlatego właśnie tej atrakcji nie próbowaliśmy) ale na bardziej spokojnych fragmentach, na przykład w okolicach miejscowości Tolmin po Soči można popływać rodzinnie kajakiem, pontonem lub turystycznym statkiem.

Spaghetti, brokuły czy może ludzka ryba? czyli kilka słów o tym co można zobaczyć pod słoweńską ziemią…

Niewątpliwie atrakcją na skalę światową, z której słynie Słowenia jest jaskinia Postojna, licząca łącznie ponad 24 km. Podziemna trasa turystyczna obejmuje 5- kilometrowy fragment jaskini, z czego ponad 3 km pokonuje się elektryczną kolejką. I całe szczęście bo do przedreptania w tym chłodzie (w jaskini panuje stała temperatura +10 °C, zatem zdecydowanie należy zabrać ze sobą jakieś cieplejsze ciuszki) z punktu widzenia kilkulatka nadal pozostaje całkiem sporo. Nie będę tu ściemniać, Postojna podoba się zwłaszcza dorosłym (i chyba nastolatkom :) ) – wewnątrz jest oczywiście całe bogactwo skalnych form krasowych, stalaktytów, stalagmitów, kurtyn, niektóre z nich naprawdę bardzo spektakularne, część ze względu na podobieństwo kształtów przewodnicy nazywają brokułami czy spaghetti… ale szczerze powiem, że małe dzieciaki bez względu na to w jakim języku mówią nudzą się po ok. 30 minutach zwiedzania. Mimo to wycieczka do jaskini naprawdę warta jest zachodu. Postojna jest po prostu ciekawa.
To pierwsza jaskinia turystyczna na świecie, którą zaczęto eksplorować turystycznie. Stało się to w sierpniu 1819 roku podczas wizyty Arcyksięcia Ferdynanda, który odwiedził jaskinię jako pierwszy turysta . Oprowadzał go wówczas Luka Čeč, który odkrył Postojną dla świata zaledwie rok wcześniej. Jaskinia w XIX w cieszyła się sporą sławą. Nawet Thomas Cook organizował tam swoje wycieczki :) Była też pierwszą jaskinią na świecie, w której pojawiła się podziemna kolejka wożąca turystów. Początkowo wagoniki były pchane przez samych przewodników, w XX wieku wprowadzono lokomotywę gazową, następnie w latach 70-tych elektryczną, która działa do dziś. W 1884 roku w jaskini zamontowano stałe elektryczne oświetlenie, co jak się okazuje, stało się zanim oświetlono ulice Londynu… Te oraz inne ciekawostki można wyczytać w Karst EXPO – relatywnie nowej atrakcji, multimedialnym muzeum poświęconym nie tylko samej Postojnej, historii jej eksploracji ale ogólnie zjawiskom krasowym oraz florze i faunie jaskiń. A propos fauny – maskotką i symbolem jaskini jest niejaki Proteus anguinus czyli Odmieniec Jaskiniowy, gatunek endemicznego ogoniastego płaza żyjącego wyłącznie w podziemnych wodach systemu jaskiń Gór Dynarskich. Z uwagi na całkowity brak pigmentu i kolor zbliżony do ludzkiej skóry został nazwany „ludzką rybą” (human fish). Odmieńca można zobaczyć na żywo w Vivarium w Postojnej lub zakupić w lokalnym sklepiku jako pluszową maskotkę. Oba wyjścia maluchom bardzo przypadają do gustu.

Królewska Przystań w wersji mini

Kto oglądał Grę o Tron ten wie, że prawdziwą perłą wśród miast Westeros jest Królewska Przystań, w istocie rzeczy „grana” przez najprawdziwszą perłę Adriatyku czyli Dubrovnik. A teraz wyobraźcie sobie idealną miniaturę tejże perły. Miasto otoczone grubymi średniowiecznymi murami, położone na wąskim cyplu, wcinającym się ostrym jęzorem w głąb morza w kolorze indygo. Wyobraźcie sobie taki gród i górującą nad nim twierdzę, z romantycznym widokiem na leżące u jej stóp przyklejone do siebie ciasno domostwa, bez wyjątku jednego, kryte ceglaną dachówką. Miasto, w którym niepodzielnie rządzi światło, wypełniając całą dostępną przestrzeń czystymi barwami i pełnią słonecznego blasku, odbijającego się w lśniących kamieniach pamiętających zamierzchłą, dawno zapomnianą przeszłość. Tym miastem jest słoweński Piran. W Piranie, jednak przede wszystkim czuć żywioł morza i morskich opowieści. A także „ducha Italii”. Ale niech nikogo nie dziwi to wszechogarniające poczucie, że jest się we Włoszech. Piran (wł. Pirano) przez wieki funkcjonował w kręgu kultury włoskiej, najpierw będąc częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a następnie przez VI wieków należąc do Republiki Weneckiej. Zresztą do lat 50-tych minionego wieku w Piranie, podobnie zresztą jak w pobliskim Koprze, żyła głównie ludność włoska.
Atmosfera w Piranie jest tak cudownie relaksująca, że kolejnego popołudnia po prostu musieliśmy tam znów wrócić. Za pierwszym razem odkrywaliśmy go od strony twierdzy, schodząc w dół krętymi stromymi uliczkami ku morzu. Byliśmy już wcześniej w nadmorskiej Izoli i w Koprze, które także mają zabytkową starówkę ale to właśnie Piran, nie wiedzieć czemu, przyciągał nas najbardziej. Może to ta „wenecka” atmosfera, może zachodzące słońce które nadawało mu najbardziej nobliwego charakteru spośród wcześniej odwiedzonych miasteczek. Ale było coś jeszcze, co sprawiało ze w Piranie można oddychać pełną piersią, że widok, jakby nie spojrzeć w każdą stronę był kompletny i nic go nie zakłócało. Otóż moi mili, w Piranie NIE MA SAMOCHODÓW! Niemal całe stare miasto zamknięte jest dla ruchu kołowego. Dwa duże parkingi, znajdują na granicach miasta, tam pozostawia się samochód i dalej wędruje pieszo.
…”Wnętrze miasta było wilgotne i ciemne. Przypominało labirynt. Domy wyrastały jeden z drugiego, wspierały się o siebie, rozstępowały na szerokość rozpostartych ramion i wędrówka brukowanymi uliczkami miała sobie smak perwersji. Cudze życie toczyło się o włos od własnego. Czasami otwierały się wiodące wprost na ulicę drzwi i można było dostrzec szereg porządnie ustawionych kapci, ubrania na wieszakach i lustra, w które ktoś rzucał ostatnie spojrzenia przed wyjściem […] Miasto przypominało jeden wielki dom, tysiąc pokojów połączonych chłodnymi i ciemnymi korytarzami”

A. Stasiuk, „W drodze do Babadag”
A zatem co w Piranie robić? jak badać jego duszę? jak skwitował Stasiuk, Piran w gruncie rzeczy ma w sobie jakiś posmak perwersji. Zdecydowanie warto poczuć jego intymność, zanurzyć się w labirynt ciasnych uliczek, zadrzeć głowę do góry w poszukiwaniu intrygujących detali architektonicznych, (alternatywnie ciągnąc ze sobą małoletnich pobawić się w poszukiwanie zaginionego skarbu, tudzież uwięzionej we twierdzy na wzgórzu jasnowłosej księżniczki :) ) … wieczorem warto spocząć na chwilę przy owalnym placu Tartiniego, będącego niegdyś wewnętrznym basenem portowym, dziś po zmroku stającym się centrum wszelakiej aktywności. Warto także w Piranie zabłądzić po prostu (choć to nie takie łatwe zważywszy na jego niewielkie rozmiary), by wreszcie dojść do małego placu obrośniętego winoroślą, usiąść przy stole z kraciastym obrusem, zamówić karafkę schłodzonej Malvazjii, talerz srebrzystych sardynek i oddać się całkowicie relaksowi.

i wreszcie… Góry!

Ten moment gdy budzisz się rano… wcześniej po nocnej jeździe autem, w ciemności nie bardzo ropozoznając topografię terenu lądujesz w jakimś pokoju, by wreszcie, właśnie owego rześkiego poranka, dźwignąć swe ciało z pościeli i wyjść na zewnątrz rozprostować kości. Tam, zaspaną jeszcze źrenicą łapiesz pierwsze promienie słońca, zachłystujesz się świeżym powietrzem i stajesz, totalnie bez przygotowania, oko w oko z majestatem gór. Pełne zaskoczenie, euforia, radość, energia do działania i banan na gębie na cały dzień! No ja tak miałam, naprawdę! Gdy jeszcze w domu wodziłam palcem po mapie myślałam sobie..łeeeee…dwa tysiące osiemset, a tu jakieś dwa tysiące z hakiem, nieduże te góry, jak cała ta Słowenia,…to pewnie będzie coś jak nasze Tatry. A jednak znów nie doceniłam, nie przewidziałam, że tak mnie zachwycą i odurzą tego poranka, kiedy miałam po prostu wyjść na poranną przebieżkę i przelecieć się gdzieś skrajem lasu. Słoweńskie Alpy Julijskie i ich poranny widok zafundowały mi endomorfinowy strzał, który zapamiętam na długo.
Sercem owej górskiej krainy (dosłownie Krainy – po słoweńsku Kranjska, wlosku Carniola, i niemiecku Krain – czyli jednego z regionów historyczno-etnograficznych) jest Kranjska Gora, najstarszy i nabardziej kultowy kurort górski Słowenii. Analogiczne jak nasze Zakopane, jest to miejsce w którym zapewne jest co robić o każdej porze roku. Latem, wiosną i jesienią okolica słynie z górskich wędrówek, tras rowerowych oraz wypraw motocyklowych, zimą natomiast zmienia się w największy ośrodek narciarski kraju. I odniosłam wrażenie, że to ta chłodniejsza część roku definiuje bardziej działalność okolicy – przynajmniej w świadomości lokalnych przedsiębiorców. W witrynach sklepowych pod koniec sierpnia nadal (albo już!) tkwiły czapki z futrzanymi pomponami oraz narty… Ale sezonowość to chyba ostatnia analogia jakiej można się z Zakopcem doszukać. Jeżeli w Piranie zewsząd czuć wpływy włoskie, śródziemnomorskie, to tu w Kranjskiej Gorze zdecydowanie panuje austriacka estetyka i porządek. Tutejsi górale mają austro-węgierski ordnung we krwi. Wioski wyglądają jak małe miasteczka, wiejskie wykończone drewnem domy tworzą mikrolabirynt, przez który w odległości metra od drzwi biegnie główna droga. Obejścia są zagospodarowane i lśniące czystością, w każdym oknie kwitną kwiaty, w lokalnych knajpach strumieniem leje się piwo, a na ruszcie od samego rana piecze się prosię.
Ale ad rem – bo ja tu o górach miałam pisać. Góry w tym rejonie objęto najwyższą formą ochrony krajobrazowej tworząc Triglavski Park Narodowy – jedyny zresztą w Słowenii. Najwyższym szczytem Alp Julijskich i parku zarazem jest Triglav (2864 m n.p.m.), którego poszarpaną, dramatyczną sylwetkę z trzema szczytami widać niemal z każdego miejsca w okolicy. O tym, że Triglav jest ważny dla Słoweńców dowiedzieć się można przekraczając dowolną granicę tego kraju. Jego zarys znajduje się zarówno w herbie jak i na fladze Słowenii.
Dalej popołudnie rozwinęło się już bardzo wycieczkowo. Chcąc zobaczyć Triglava z bliska, należy się wybrać do miejscowości Mojstrana i stamtąd podążać na południe szeroką doliną Vratna. 10 -kilometrowy szlak (przejezdny także dla samochodów) wiedzie wzdłuż szemrzącego, bystrego potoka Triglavska Bistrica właśnie wprost pod północną ścianę najwyższego szczytu Alp Julijskich. Stamtąd trzy szlaki wiodą na szczyt i dalej do okolicznych dolin. Wędrówka na Triglav trwałaby około 6h 30 min- 7h. Trasa jest trudna, po drodze do pokonania via ferrata i wysokie skalne przejścia. Nie było więc szans by wybrać się tam z pięciolatką, zatem zakończyliśmy na krajoznawczym pokonaniu tej doliny. Po drodze warto uskutecznić kilka przystanków, na pewno warto zboczyć z głównego szlaku by zobaczyć wodospad Peričnik (jego dolny fragment liczy sobie 52 m, górny zaś 16 m) oraz zatrzymać się na mały popas w schronisku Aljažev Dom, nazwanym imieniem księdza i kompozytora Jakuba Aljaža, miłośnika alpejskich wędrówek, który nie tylko przyczynił się do propagacji alpinizmu w Słowenii ale także pozostał w pamięci potomnych jako bohater – patriota, wykupując w 1889 roku szczyt Triglava by ten w całości znalazł się w granicach Słowenii.
I może zabraknie Wam tu Ljubljany…. ale celowo nie będę się o niej rozpisywać. Spędziliśmy tam raptem jedno popołudnie…. oczywiście small is cute, jak cała Słowenia również jej stolica jest kameralna, bardzo przyjazna dla podróżujących i absolutnie zielona. Mikro starówka, zadbana i urokliwa prezentuje się w obiektywie aparatu fantastycznie, do tego idealne światło i bezchmurne niebo…
Niepozorny kraj, o którym w sumie niewiele wiedziałam, ujął mnie nie tylko oswoją urodą i „kompaktowością”. Słowenia łączy w sobie wiele zalet, jak się okazało znanych nam skądinąd z innych wyjazdów, a mianowicie austriackie umiłowanie do czystości i porządku, włoską miłość do rzeczy pięknych i gustownych, przejawiającą się głównie w architekturze i regionalnej kuchni oraz, last but not the least, słowiańskiego ducha, który sprawia że czujemy się tam idealnie!

Więcej praktycznych informacji o podróżowaniu po Słowenii można znaleźć tutaj.

Emilia Kubik: autorka bloga http://www.lifeisajourney.pl/.
Zdjęcie

Dodaj komentarz

© 2019 Zorientowani.pl