Aktualności - Jak Nowa Zelandia to trekking!

Jak Nowa Zelandia to trekking!

19.07.2016
Relacje

Nowa Zelandia to bogactwo krajobrazów. Jest tam wszystko – góry, morze, jeziora i lodowce. To również kraj trekkingów. Na wyspie południowej najsłynniejszy jest szlak Milford. Jesteśmy jednak przed sezonem i trasa jest jeszcze zamknięta. W sezonie natomiast trzeba zadbać o zarezerwowanie sobie miejsca z dużym wyprzedzeniem, gdyż chętnych jest zbyt wielu na przepustowość szlaku i ilość miejsc noclegowych.

Mniej oblegany i otwarty w październiku jest za to szlak Routeburn. Próbujemy dowiedzieć się w informacji turystycznej jakie panują tam warunki, bo wszędzie dookoła straszą nas lawinami. Pani w informacji jednak nie współpracuje, a rozmowa brzmi niczym z filmów Barei. Jedyne czego się dowiadujemy, to że nie zaleca się iść. Próbujemy dopytać czy jest dużo śniegu i lawiny, ale dostajemy odpowiedź, że na lawinach to się trzeba znać i one nie są takie jak w Europie. Postanawiamy przekonać się na własnej skórze.
Pierwszy dzień trekkingu

Najpierw jednak robimy sobie przejażdżkę Milford Road. Trasa prowadzi najpierw przez las i niewysokie pagórki by po kilkudziesięciu kilometrach zamienić się w przepiękną górską drogę, gdzie widoki ośnieżonych szczytów zapierają dech w piersiach. Serpentynami dojeżdżamy do samego końca by tam wsiąść na statek i zobaczyć Milford Sound – przepiękne fiordy.
Milford Sound

W ramach treningu przed szlakiem Routeburn robimy sobie jeszcze jednodniową wycieczkę do polodowcowego Jeziora Marian. Szlak rozpoczyna się zaraz przy Milford Road. Podejście jest dość strome, a jeszcze narzucamy dość szybkie tempo. Po kilku godzinach docieramy do jeziora, którego urok przyćmił dotychczasowe widoki. Piękne, ciemnozielone jezioro otoczone amfiteatrem oprószonych śniegiem szczytów. Dobrze, że narzuciliśmy sobie szybkie tempo bo możemy teraz dłużej tu zostać. Kanapki i herbata z termosu w takich warunkach smakują wyśmienicie.
Jezioro Marian

Trening zaliczony, więc kolejnego dnia z samego rana ruszamy na trekking. Szybko okazało się, że nie przekonamy się czym są nowozelandzkie lawiny bo po prostu śnieg już dawno stopniał. Pierwszy dzień to jednak przede wszystkim zielony, omszały las i wilgotność. Plan na ten dzień to dotrzeć do Jeziora Mackenzie. Trasę pokonujemy szybko, więc jeszcze przez kilka godzin możemy się cieszyć słońcem wygrzewając się na tarasie schroniska. Jest pięknie, cicho i malowniczo. Z lubością relaksujemy się podziwiając widoki. Mamy szczęście bo w tym rejonie pada przez około 200 dni w roku.
Jezioro Mackenzie

Zostajemy na noc w schronisku. Po jakimś czasie dochodzi jeszcze kilku turystów i wspólnie próbujemy napalić w kozie. Drewno jest mokre i ledwo się ćmi, ale za to jest fajna atmosfera. Nikomu się nie spieszy do spania bo to znaczy, że trzeba odejść od przynajmniej trochę grzejącego kominka do nienagrzanego śpiwora.

Plan na kolejny dzień do dojście do najwyższego punktu na szlaku, czyli Jeziora Harrisa i powrót tą samą drogą. Trasa biegnie dalej, ale żeby wrócić do zaparkowanego na początku szlaku samochodu musielibyśmy jakimś sposobem pokonać 300 kilometrów. Po prostu nie ma innej drogi przez góry.
Jezioro Harrisa zupełnie inne od poprzednich. Surowe, szare skały pokryte śniegiem i ciemna tafla wody. Trochę wieje, ale znajdujemy sobie cichy zakątek na ciepłą herbatę i kanapki. Nikogo tu z nami nie ma, więc mamy trochę wrażenie bycia na krańcu świata.
Jezioro Harrisa

W drodze powrotnej zaczął się jeden z tych deszczowych dni. Leje przez całą noc i jeszcze rano. Postanawiamy zostać trochę dłużej w schronisku. Jakoś nie mamy ochoty iść w deszczu. Na poprawę pogody się jednak nie zapowiada, więc nie pozostało nam nic innego jak ruszyć. Na parking wracamy całkowicie przemoczeni. Miło wsiąść do ciepłego samochodu.

Chcemy sobie wynagrodzić ostatni ciężki dzień, więc postanawiamy wstąpić do Tuatapere – miejscowości ogłoszonej przez turystyczne foldery światową stolicą kiełbasy. Rozochociła nas myśl o smażonym mięsku. Może uda się nawet jakieś ognisko zorganizować i zrobić takie pieczone z patyka.

Na miejscu jeden samotny sklepik. Nie zraża nas to, szczególnie, że rzeźnik o posturze średniej wielkości olbrzyma wygląda obiecująco. Spodziewaliśmy się obfitości pęt kiełbasy różnych rodzajów, a tam w lodówce jedna, zapakowana próżniowo i w ogóle nie zachęcająca do konsumpcji. Może to nie sezon. Przy kolacji wszelkie złudzenia opadają. Kiełbasy nawet nie dałoby się nadziać na patyk i upiec na ognisku bo ze środka zamiast mięsa wypływała parówkopodobna breja. Tego punktu trasy zdecydowanie nie polecamy.
Słynna kiełbasa z Tuatapere

Polecamy jednak całą resztę Nowej Zelandii. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno na wyspie północnej jaki i południowej. Aż dziw bierze, że takie niewielkie wyspy mieszczą w sobie tyle skarbów.

Rady praktyczne:

  1. Po Nowej Zelandii bardzo łatwo podróżować autostopem. Ludzie są przyjaźni i chętnie podwożą nawet nadkładając drogi. Jest wiele wypożyczalni samochodów na każdą kieszeń. Przed sezonem samochód osobowy można wypożyczyć nawet za niecałe 20 dolarów nowozelandzkich. 
  2. Na obydwu wyspach jest sporo kempingów prywatnych i zorganizowanych przez DOC (Department of Conservation) W informacjach turystycznych można dostać mapy wraz z opisem kempingów. Standard kempingów od luksusowych z ciepłymi prysznicami, kuchnią i świetlicą po polanę w lesie z toaletą i strumykiem jako źródłem wody. Obowiązują przeważnie tzw. honesty box. Pieniądze wrzuca się do koperty i zamkniętej skrzynki, a na namiocie przyczepia się identyfikacyjny pasek.
Sława i Krzysiek – autorzy bloga http://www.pocztowkizpodrozy.pl/. Niedawno wrócili z blisko trzyletniej podróży dookoła świata. Większość dróg przemierzyli na małych motocyklach. W drodze kronikarzem była Sława, a wszystko na zdjęciach utrwalił Krzysiek. Pokazują jak taka podróż wygląda od podszewki, bez zbędnego koloryzowania.
Zdjęcie

Dodaj komentarz

© 2019 Zorientowani.pl