Aktualności - Szaleńcza podróż przez Australię

Szaleńcza podróż przez Australię

08.06.2016
Relacje

10.000 kilometrów w niecały miesiąc? Nie wiem jak to się stało, że wyznaczyliśmy sobie taki szaleńczy plan, jednak w rezultacie udało nam się przejechać spory kawałek Australii. Od razu powiem, że to albo za krótko, albo za dużo.

Taką trasę lepiej rozłożyć na więcej dni lub zobaczyć mniej. Tyle tylko, że my chcieliśmy z Sydney dojechać do słynnej Uluru, a stamtąd trzeba jakoś wrócić i to najlepiej nie tą samą drogą. Tym oto sposobem wyszła pętla od Sydney, przez południowe wybrzeże, środkiem przez outback do Alice Springs i wschodnim wybrzeżem z powrotem do Sydney.
Można powiedzieć, że na tej trasie towarzyszyły nam dwa rodzaje krajobrazów. Poszarpane skaliste wybrzeże z długimi plażami i miękkim piaskiem, albo czerwona ziemia outbacku. Poczuliśmy za to niedosyt kangurów. W zasadzie raz mieliśmy okazję pooglądać całe stadko kicające po drodze. Może to nie sezon, a może wychodzą po prostu nocą, o czym świadczą dziesiątki potrąconych przez samochody sztuk.

Najbardziej szkoda jednak, że z Australii nie można wywozić muszli. Tak pięknych okazów jak na 90-milowej plaży nie widziałam nigdy wcześniej. Niesamowite kolory i kształty. Zrobiliśmy tylko pamiątkowe zdjęcie. Plaża 90-milowa faktycznie ciągnie się w nieskończoność. Nie wiem czy faktycznie jest takiej długości jak wskazuje nazwa, ale na pewno nie udało nam się jej przejść z jednego krańca na drugi.

Sporo czasu spędzamy na przemieszczaniu się więc w Parku Narodowym Wilsons Promontory robimy sobie kilkugodzinny spacer. Tutaj w końcu spotykamy głównych przedstawicieli australijskiej fauny. Są kangury, jest emu i chyba nawet dojrzeliśmy chowającego się w krzakach wombata, a może nawet misia koala, o ile zdarza im się w ogóle zejść z eukaliptusowych drzew. Park to oprócz zwierząt przepiękne plaże. Puste jeszcze o tej porze roku, a woda za zimna na kąpiele. Tym razem zadowalamy się podziwianiem.
Zanim ruszymy na pustynię czeka nas jeszcze jedna atrakcja – Great Ocean Road. Słynna, położona na urwisku droga z pięknymi widokami na ocean. To tutaj są też słynne formacje skalne Dwunastu Apostołów, których oglądamy w strugach deszczu. Zobaczyć jednak trzeba, więc mimo czarnych chmur wychodzimy z samochodu. Dwunastu Apostołów to wystające z oceanu poszarpane skały w przeróżnych kształtach. Powstały w wyniku erozji, która najpierw wyrzeźbiła w klifach jaskinie, a potem przekształciła je w kamienne łuki, które z czasem zapadały się pozostawiając skały zwane teraz Dwunastoma Apostołami. Zdaje się, że nazwa jest trochę na wyrost bo „Apostołów” jest obecnie ośmiu. Jeszcze kilka lat temu było dziewięciu, ale jedna ze skał osunęła się do wody grzebiąc na zawsze jedną z formacji wśród fal. Nazwa jest jednak chwytliwa i przyciąga turystów, więc kto by się bawił w buchalterię.
To dobry czas na oglądanie wielorybów. Najlepiej byłoby się wybrać na wycieczkę łódką, żeby pooglądać je z bliska. Z plaży widać jednak ogromne cielska wyłaniające się z wody. Widoczność jest trochę słaba, a i wieloryby nie baraszkują przy samym brzegu, więc bardziej cieszymy się świadomością, że one faktycznie tam są, niż ich widokiem. W końcu wjeżdżamy na outback. Zaczyna się czerwona ziemia i niesamowite zachody słońca. Po drodze jest też kilka dziwacznych miasteczek. Ludzie sprawiają tutaj trochę wrażenie zatrzymanych w czasie. W dodatku nie są zbyt przyjemni. Tak jakby życie w trudnych warunkach z ograniczonym dostępem do wody i dostaw usprawiedliwiała wrogość do przyjezdnych. Miasteczka jednak robią zwariowane wrażenie. Jednym z nich jest Coober Pedy, gdzie większość mieszkańców mieszka pod ziemią. Tylko w taki sposób mogą wytrzymać nieznośny w tym rejonie upał. Większość czasu i tak spędzają jednak na poszukiwaniu opali. Podobno opętani są opalową gorączką, która każe im każdego dnia szukać i żyć nadzieją, że trafią na okaz, który odmieni ich życie.

Przejazd przez outback po jakimś czasie staje się monotonny. Płaskie, wciąż te same krajobrazy. Docieramy jednak do środka kontynentu, gdzie znajduje się święta skała Aborygenów Uluru. W środku niczego wyrasta z ziemi ceglasta bryła, która chyba każdemu kojarzy się z Australią. Na Uluru wchodzić nie można, czym wielu turystów zdaje się nie przejmować i rządkiem wdrapują się na skałę. Zakaz wprowadzono dla poszanowania świętej dla Aborygenów skały. Mamy jednak wrażenie, że trochę za późno na taki gest. Dzisiejsi Aborygeni to często bezdomni, zaniedbani ludzie, którzy przemieszczają się po miasteczkach rozklekotanymi samochodami w poszukiwaniu alkoholu. Mam wrażenie, że już dawno zapomnieli o swoich świętych miejscach.
W takich okolicach jest sporo miejsc, które kultywują aborygeńską kulturę. Nie stać nas na kupno obrazu w aborygeńskie wzory, ale na naszyjnik już mogę sobie pozwolić. Sprawdzam cenę, a tu niespodzianka. Naszyjnik został wyprodukowany w Malezji. Zaczynam mieć wątpliwości, czy którykolwiek z obrazów rzekomo namalowanych przez Aborygenów, kiedykolwiek chociaż znalazł się w pobliżu Aborygena. Mam wrażenie, że takie aborygeńskie centra służą wyciszeniu wyrzutów sumienia za zniszczenie tej kultury. Szkoda, że w taki nieudolny sposób.

Obchodzimy Uluru dookoła i ruszamy w stronę Kings Canyon w Parku Narodowym Watarrka. Piękne, czerwone skały i jeden z najsłynniejszych kanionów na świecie. Stąd widać jak wokół roztacza się płaski, pustynny krajobraz. Dojeżdżamy jeszcze do Alice Springs – największego miasta na outbacku’u i robimy duży zakręt na wschód. Teraz już będzie robiło się bardziej zielono aż do samego wybrzeża. Po drodze oglądamy jeszcze Devils Marbles, czyli gigantyczne granitowe kamienie. Niektóre popękały tak, jakby je ktoś piłą motorową przeciął równiutko na pół.
To już ostatnie kilometry naszej australijskiej wycieczki. Wschodnim wybrzeżem wracamy do Sydney, gdzie żegnamy się z Australią.

Rady praktyczne:

    1. Najpopularniejszym sposobem zwiedzania Australii jest wynajem samochodu. Dostępne są wersje mniej i bardziej luksusowe w zależności od zasobności portfela. 
    2. Szukając miejsca na nocleg trzeba dobrze się przyjrzeć czy nie ma zakazu kempingowania. Może się to skończyć mandatem.

Sława i Krzysiek – autorzy bloga http://www.pocztowkizpodrozy.pl/. Niedawno wrócili z blisko trzyletniej podróży dookoła świata. Większość dróg przemierzyli na małych motocyklach. W drodze kronikarzem była Sława, a wszystko na zdjęciach utrwalił Krzysiek. Pokazują jak taka podróż wygląda od podszewki, bez zbędnego koloryzowania.
Zdjęcie

Dodaj komentarz

© 2019 Zorientowani.pl