Aktualności - Wieże z Błękitu

Wieże z Błękitu

04.12.2015
Relacje

Trekking w Parku Narodowym Torres del Paine w południowym Chile to jeden z najpiękniejszych trekkingów na świecie. Paine w języku Indian Tehuelche oznacza niebieski, a słynne torres to trzy granitowe szczyty wyrastające z leżącego u ich stóp lodowcowego jeziora. To najlepsze miejsce, żeby na kilka dni zagubić się wśród dzikiej natury i z zadartą głową podziwiać przepiękne widoki i majestatyczne góry. Park to również bogactwo fauny - lamy, wszelkiego rodzaju gryzonie, wiele gatunków ptaków, a na szczęściarzy czeka nawet spotkanie z pumą. Nie ma chyba lepszej rekomendacji dla tego miejsca. Torres del Paine zaprasza na trekking!

Są tu trasy dostępne zarówno dla tych, którzy mają mniej czasu lub siły na wędrówkę po górach, jak i dla tych którym nie straszno dźwigać na plecach jedzenie na ponad tydzień. Ta krótsza trasa to słynne „W”. Najbardziej popularna, co nie znaczy, że nie warta zobaczenia. Trasa dłuższa, czyli „O” to pełna wersja trekkingu, obejmująca również „W”. Pierwszy rzut oka na mapę od razu tłumaczy, że w tych oznaczeniach nie ma niczego tajemniczego, po prostu szlak układa się w kształt liter.

Rozpoczynamy wędrówkę

Trekking można zaplanować tak, żeby korzystać z bezpłatnych schronisk. To miejsca z bardzo podstawowym wyposażeniem, ograniczonym z reguły do toalety i źródła wody. W tych miejscach trzeba mieć własny sprzęt kempingowy. Są też możliwości noclegu na kempingach prywatnych. Tam już można wypożyczyć namiot, wykąpać się czy zjeść coś ciepłego.

Słynne wieże

Wybieramy „W” - wersja krótsza, ale też obfitująca we wrażenia. Przede wszystkim jednak trochę zwycięża w nas chęć pójścia na łatwiznę. Zobaczyć najpiękniejsze fragmenty i nie przemęczyć się za bardzo. Tym bardziej, że pogoda w kratkę, zimno, pada i w ogóle ciężko wyjść z ciepłego hostelu w Puerto Natales i na najbliższe dni przenieść się do namiotu. Tym trudniej, że w hostelu codziennie bucha prawdziwy ogień w kuchni kaflowej, w jadalni jest duży stół, przy którym najchętniej posiedzielibyśmy z kubkiem herbaty i książką w ręku. Sezon na trekking w Torres del Paine trwa od października do kwietnia. To najlepszy czas, żeby odwiedzić południowe Chile. Wtedy mamy największa szansę na piękną pogodę. Trzeba jednak pamiętać, że aura jest tu dość kapryśna i warto się przygotować również na deszczowe dni i silny wiatr.

Do tego nasze ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych. Droga na motocyklach przez Patagonię daje w kość. Trudno utrzymać maszynę przy wietrze obracającym tyłem do kierunku jazdy i przenikliwym zimnie. Aura może zmęczyć na tyle, że na kilka dni zostawiliśmy motory pod czujnym okiem argentyńskich karabinierów w malutkim miasteczku położonym w środku niczego i do Torres del Paine ruszyliśmy autostopem. Trzeba jednak iść. Widoki na pewno wynagrodzą nam wszystko.

Wrażenia pierwszego dnia

Pierwszy dzień nas nie rozpieszcza. Pada, a wszystko przysłania gęsta mgła. W naszych przeciwdeszczowych strojach wyglądamy jak ufoludki, każdy obrót głowy oznacza spotkanie z wewnętrzną stroną kaptura, który i tak już dawno przemókł. Ciężkie plecaki z jedzeniem na kilka dni boleśnie przypominają jak ciepło i sucho było w hostelu. Pierwszy nocleg też nie zachwyca. Wszędzie mokro, nie ma gdzie wysuszyć ubrań, a jedzenie trzeba ugotować pod niewielkim dachem dzieląc go z innymi żądnymi odrobiny suchego miejsca turystami, uważając by nie wdepnąć komuś w świeżo zalaną zupkę chińską. W takich chwilach trzeba się ratować...

Najlepiej czymś słodkim, a mało jest na świecie rzeczy słodszych niż dulce de leche. To taki południowoamerykański przysmak. W każdym kraju smakuje inaczej, a my dopiero się dowiemy, że ten najpyszniejszy produkują w Argentynie. Dulce de leche można porównać do naszego kajmaku. Tutaj jest składnikiem wielu deserów. My po prostu maczamy herbatniki w słodkim ulepku. Po porządnej dawce już deszcz nam nie straszny, szczególnie, że rano powitała nas już lepsza pogoda.

Nareszcie widzimy też te słynne, przepiękne widoki, a pogoda sprzyja nam przez resztę dni. Trekking zaczęliśmy od razu od strony słynnych torres czyli spiczastych granitowych wież. Zrywamy się dość wcześnie, wdrapujemy na punkt widokowy by jeszcze tego samego dnia pójść dalej. Widoki są przepiękne. Oglądamy je trochę już rozpieszczeni podobnymi krajobrazami po stronie argentyńskiej, ale i tak zapierają nam dech w piersiach. Majestatyczne, górujące nad wszystkim szczyty na tle idealnie niebieskiego nieba. Ta różnica wysokości robi chyba największe wrażenie. Wchodzisz na górę by przekonać się, że góry to się dopiero zaczynają, dopiero stąd strzelają na kilkaset metrów w niebo. Zdjęcia nie są w stanie tego oddać. Torres del Paine trzeba koniecznie zobaczyć.

W stronę środka "W"

Kolejnego dnia ruszamy w kierunku środka „W”. Zatrzymujemy się na kempingu, gdzie po raz pierwszy spotykamy się z postrachem chilijskiego parku narodowego. Sprzęty używane w najbardziej ekstremalnych warunkach nie przechodzą miejscowego „chrztu”. Co sprawia, że wytrzymały plecak czy wypasiony namiot okazują się za słabe? Otóż, to małe stworki z ostrymi ząbkami, rozpieszczone dostatkiem turystycznego jedzenia nocami poczynają sobie bezczelnie, za nic mając śpiące w namiotach ofiary. Całe szczęście obudził nas chrobot i pierwsza noc na mysim kempingu zakończyła się jedynie małą dziurką w namiocie. Myszki jednak nie zrażało nawet skierowane prosto w oczy światło latarki. Pytanie tylko czy namiot wart był nieprzespanej nocy, bo już do rana podrywaliśmy się słysząc każdy chrobot. A jeszcze wieczorem zastanawialiśmy się po co ludzie wieszają te worki na drzewach. Po pierwszym spotkaniu już się nad tym nie zastanawialiśmy, a nasze zapasy na kolejne noce również zawisły na gałęziach.

Mysia fauna to niestety nieodłączny element trekkingu w Torres del Paine. Lepiej jednak skupić się na widokach, szczególnie, że środek trasy to jeden z jej piękniejszych momentów. Niesamowity amfiteatr skał. Wieże widziane od drugiej strony. A malutki człowieczek siedzi sobie pośrodku i wykręca w zachwycie głowę we wszystkie strony. Gdyby nie silny wiatr można by tam spędzić wiele godzin.

Czwartego dnia kończymy naszą trasę. Wieje straszliwie, ale chcemy jeszcze zobaczyć schodzący do jeziora lodowiec Grey.

Lodowiec Grey

Pogoda znowu zaczyna się trochę psuć i słaba widoczność nie pozwala nam dojrzeć „wszystkich twarzy Grey’a”. Silny wiatr to jedna z atrakcji Patagonii. Na ostatnim etapie, momentami, zwiewa nas ze skał i popycha jak kukiełki. Gdyby nie wiał w plecy, chyba nigdzie byśmy nie doszli. Niezrażeni chcemy jeszcze dotrzeć na ostatni, mało popularny, za to darmowy kemping. Szybko przekonujemy się dlaczego mało kto tu zagląda. Nawet nie zdążyło się do końca ściemnić, kiedy pierwsza myszka ruszyła na zwiady. Z rozkładania namiotu zrezygnowaliśmy już wcześniej bo wiatr rozprawiłby się z nim w kilka minut, ale horda szalejących tu myszy pogryzłaby go na strzępki. Postanawiamy spać na stole pod wiatą, plecaki w workach wieszamy na dachu. Myszy jednak są wszędzie. Na stole, pod stołem, a w chwilach gdy choć na chwilę udaje się zasnąć zapewne biegają i po nas. Na szczęście obyło się bez strat. Namiot i plecaki całe a my uniknęliśmy losu króla Popiela. Pozostało tylko dojść do autobusu i znowu rozgościć się w Puerto Natales przy buchającym ogniu z herbatką w ręku.

Rady praktyczne:
  • Sezon w południowym Chile trwa od października do kwietnia, przy czym pod koniec marca i w kwietniu w parku jest zdecydowanie mniej turystów.
  • W Torres del Paine nie ma bankomatów, nie ma również zbyt wielu miejsc gdzie można kupić jedzenie. Warto zaopatrzyć się w gotówkę, jak również zapas jedzenia. Podstawowe zakupy można zrobić w prywatnych schroniskach, tam też można zamówić obiad. Ceny jednak, są dość wysokie. Jeżeli chcemy przynajmniej częściowo korzystać z tych schronisk warto wcześniej zaplanować trasę tak, żeby zdążyć na nocleg. W schroniskach należących do Parku trzeba korzystać z własnego jedzenia i maszynek do gotowania. 
  • Większość turystów bierze ze sobą namiot, śpiwory, sprzęt do gotowania oraz zapas jedzenia na kilka dni (w niektórych hostelach w Puerto Natales można wypożyczyć niezbędny komplet).
  • Do Parku kursuje wiele autobusów z Puerto Natales. 
  • Bilet wstępu dla obcokrajowców to około 100 zł (18.000 CLP) w sezonie oraz 60 zł (10.000 CLP) poza sezonem (od maja do września). Płatność tylko gotówką.
Sława i Krzysiek – autorzy bloga www.pocztowkizpodrozy.pl/. Niedawno wrócili z blisko trzyletniej podróży dookoła świata. Większość dróg przemierzyli na małych motocyklach. W drodze kronikarzem była Sława, a wszystko na zdjęciach utrwalił Krzysiek. Pokazują jak taka podróż wygląda od podszewki, bez zbędnego koloryzowania.
Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie Zdjęcie

Dodaj komentarz

© 2019 Zorientowani.pl